poniedziałek, 30 czerwca 2014

makijaż dzienny w beżach i brązach

Cześć!
Dzisiaj mimo burzowej pogody postanowiłam trochę się "pobawić". Jednak miałam dość mocnych makijaży i wykonałam bardzo prosty dzienniaczek. Całość utrzymana w beżach i brązach, jedynym wyraźniejszym akcentem jest kreska. Zapraszam do oglądania!
Na przygotowaną twarz nałożyłam podkład mineralny La Rosa, korektor rozświetlający pod oczy Paese, na resztę twarzy korektor Studio Finish Mac (klik recenzja). Wykończyłam to sypkim pudrem matującym z Manhattan'u oraz różem mineralnym La Rosa (klik recenzja). Na ustach wylądowała pomadka matowa Rimmel by Kate.
Jak widać użyłam wielu produktów mineralnych La Rosa (wszystkie możecie kupić tutaj) z racji tego, że bardzo się z minerałami polubiłam i prawie codziennie goszczą w moim makijażu. Do oczu użyłam tylko ich. Najpierw całą powiekę pokryłam bazą pod cienie Dr Irena Eris Provoke. Następnie na całą powiekę ruchomą oraz wewnętrzny kącik nałożyłam (na mokro) piękny, beżowy i połyskujący cień mineralny La Rosa w odcieniu 16- Opal. W zewnętrzny kącik i załamanie powędrował brąz ze złotymi drobinkami 42- Lapis. Następnie czarnym, również mineralnym cieniem La Rosa (92- Carbon) zrobiłam (na mokro) kreskę. Dolną linię wodną pomalowałam białą kredką Essence, a linię rzęs delikatnie pokryłam mieszanką cienia brązowego i czarnego. Rzęsy wytuszowałam maskarą z Eveline (klik recenzja), a brwi zostały zrobione przy użyciu kredki Dr Irena Eris Provoke.
Tak jak kiedyś obawiałam się i nienawidziłam sypkich cieni, tak teraz moje podejście diametralnie się zmieniło. Przy jaśniejszych kolorkach nie ma żadnych problemów, bardzo wygodnie się ich używa. Natomiast przy bardziej wyrazistych, maluję najpierw oczy, a potem twarz i nie ma najmniejszego problemu. Dla zainteresowanych- moją recenzję cieni mineralnych La Rosa możecie przeczytać TUTAJ.
W ten sposób uzyskałam delikatny makijaż dzienny, jedynie podkreślający urodę- mój ulubiony. Na co dzień do oczu używam tylko maskary, a jeśli zdecyduję się na coś więcej, to jest to właśnie makijaż utrzymany w stylu jak na zdjęciach.
Lubicie takie makijaże dzienne?

niedziela, 29 czerwca 2014

tak i nie- dwa pędzle do pudru Softer

Hej!
W tej chwili nie wyobrażam sobie makijażu bez użycia pędzli. Jak chyba większość z Was. Dlatego dziś na tapetę biorę dwa pędzle do pudru firmy Softer. Można je zakupić w Trendy Shop'ach, Drogeriach Stars oraz online. Cena obydwu sztuk to ok. 15,00pln.
Na początek będzie niemiło. Bo niestety ten pędzel zawala w każdej możliwej kwestii ;). Jest stojący, dość wysoki i rozłożysty. Na pierwszy rzut oka wygląda ładnie- plastikowy, z dwukolorowym włosiem.
Jednak po pierwsze- to nieszczęsne włosie. Jest mięciutkie, ale rzadkie, więc nakładanie nim pudru mija się z celem. Nie da się nabrać odpowiedniej ilości produktu, nie mówiąc już o przeniesienie tego na twarz. Dla mnie niewypał i pędzla używam tylko do rozcierania ewentualnych granic, choć i tu średnio się sprawdza.
Po drugie, wykonanie pozostawia wiele do życzenia.. W sklepie widziałam, że jedna sztuka jest rozklejona, myślałam, że to pojedynczy przypadek, więc wzięłam inną, na pozór dobrze wyglądającą. Czekało mnie niemiłe zaskoczenie- ten pędzel również od nowości był rozklejony. Oczywiście można to sobie "uratować", ale chyba nie po to kupuje się nowe pędzle, by już na starcie je naprawiać.. Sam pędzel jest bardzo lekki i niestabilny.
A teraz, żeby było ciekawiej- ta sama firma, ta sama cena, ale.. całkowite przeciwieństwo. Malutki kabuki z Softer różni się prawie wszystkim od poprzednika. Jest mały, ale rozłożysty. Dobrze leży w dłoni i stabilnie można go ustawić. Jest zdecydowanie lepiej wykonany.
Włosie jest także miłym zaskoczeniem. Miękkie i gęste, bardzo dobrze nabiera puder i rozprowadza go po twarzy. Nadaje się nie tylko do pudru, czasem używam go do różu. Po wielu praniach włosie nie wypada i pozostaje tak samo miękkie. Nie jest najlepszym kabuki jakiego mam w posiadaniu, ale za tą cenę zdecydowanie jest świetny. Używam go codziennie, a dzięki temu, że jest mały i wielofunkcyjny- zabieram w podróże ;).

czwartek, 26 czerwca 2014

na ocieplenie atmosfery- balsamy do ciała Lirene Youngy 20+

Cześć!
Ale okropna pogoda się zrobiła.. Gdzie te upały? :( Na ocieplenie pochmurnych dni dziś nieco egzotycznie. A mianowicie o balsamach do ciała Lirene Youngy 20+: jabłko, mango i oliwki.
Opakowania są.. ogromne! Plastikowe, kolorowe i solidnie wykonane, mieszczące aż 400ml. Przez to mogą być nieporęczne, ale idealne do domu :). Można je dostać za ok. 17,00pln w drogeriach.
Zamknięcie jest szczelne, a otwieranie ułatwia charakterystyczne dla Lirene wgłębienie. Balsam wydobywamy wygodnie przez niewielki otwór.
Producent oferuje 4 różne warianty. Oprócz przedstawionych przeze mnie jest jeszcze wersja z papają.
Wszystkie trzy wersje mają biały kolor. Konsystencja jest w sam raz- ani nie lejąca, ani nie nazbyt gęsta. Zapachy są wręcz cudowne! To chyba one są głównym atutem balsamów. Znajdziemy tu genialne zielone jabłuszko, delikatne oliwki i słodkie mango. Ja nie wyczuwam żadnej nuty chemii.

A teraz po kolei!
Oliwki to ulubiona wersja mojej Mamy, która nie lubi zbyt ostrych i słodkich zapachów. Tutaj mamy do czynienia z subtelnym, bardzo przyjemnym i kojącym zapachem. Balsam dobrze się rozsmarowuje i szybko się wchłania (wszystkie trzy wersje). Mama jest zadowolona z efektów jakie daje, ja również używałam tej wersji, więc co do działania wypowiem się niżej.
Wersję jabłkową zużyłam sama- lepiej trafić nie mogłam! Uwielbiam tego typu zapachy. Ale trzeba trochę ponarzekać. Jak wiecie po moich bolesnych przeżyciach z malinowym balsamem do ciała Soraya So Pretty wystrzegam się parafiny. Tu niestety ona się pojawia na samym początku.. Na szczęście tym razem moja skóra nie uległa wysuszeniu. Kochany przeze mnie składnik zapewnia super gładkość skóry. Nawilżenie określiłabym jako lekkie, moja sucha skóra wymaga trochę więcej. Jednak dla niewymagających osób na pewno sprawdzi się na okres letni. Rzeczywiście balsam nadaje miękkość, a skóra staje się pachnąca przez dłuższy okres czasu. Ujędrnienia żadnego nie zauważyłam. Na szczęście obyło się bez alergii i podrażnień, co bardzo sobie cenię, zresztą produkty Lirene nigdy mnie nie uczuliły. Natomiast nie sięgnę ponownie z tego względu, że moja skóra potrzebuje większej dawki nawilżenia :).
Wersję z mango oddałam w dobre ręce. Oto opinia Testerki: "Moją bolączką jest brak systematyczności w stosowaniu jakichkolwiek balsamów, pewnie przez to że z natury nie czuję ściągania. No ale tym razem balsam Youngy 20+ z Mango stosowałam często, też z uwagi na zapach. Niby słodki, a jednak trochę odświeżający. Ciekawą rzeczą jest to że produkt zawiera wosk z mango i ma działanie regenerujące. Producent obiecuję miękkość, piękny zapach i regenerację. Ze wszystkim się zgadzam jak najbardziej, moja skóra jest po balsamie bardzo mięciutka i gładka, oby była równie zregenerowana :). Bardzo przyzwoity produkt. No chyba, że kogoś nudzą słodkie zapachy..."
Jak widać wszystko zależy od osobistych preferencji i wymagań.
Co myślicie o tych balsamach?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Turquoise&Carbon- makijaż

Cześć!
Dokładnie 2 tygodnie temu w tym wpisie- klik! pokazywałam Wam cienie mineralne La Rosa. Zapowiadałam, że na pewno będzie więcej makijaży z ich użyciem, do tej pory był jeden (tutaj). Dziś odważna propozycja, która genialnie wygląda przy ciemnych oczach. Ja do ciemnookich się nie zaliczam, ale postanowiłam wykonać makijaż, w którym główną rolę gra cień w boskim kolorze "Turquoise"!
Makijaż nie jest zbyt skomplikowany. Na zdjęciach znajdują się wszystkie produkty (oprócz pomadki), których użyłam. Podkład i róż mieralny La Rosa, puder Softer, korektor rozświetlający pod oczy Paese, korektor Mac, bronzer Paris Memories.
Jeśli chodzi o oczy, to najpierw pokryłam powiekę bazą pod cienie Dr Irena Eris Provoke. Następnie na całą powierzchnię nałożyłam beżowy cień z palety Sleek Oh So Special, aby ułatwić późniejsze rozcieranie. Głównym punktem była aplikacja mineralnego cienia La Rosa w kolorze "Turquoise"- robiłam to na mokro, aby jak najbardziej wydobyć głębię. W wewnętrznym kąciku mam biały, perłowy odcień z paletki Technic. Zewnętrzny kącik, załamanie i dolną linię rzęs pokryłam brązem z palety Sleek Oh So Special. Aby dodać głębi spojrzeniu, zewnętrzny kącik oraz załamanie delikatnie przyciemniłam czarnym cieniem mineralnym La Rosa "Carbon". Wszystko dokładnie rozblendowałam. Na końcu narysowałam tym samym cieniem (na mokro) cieniutką kreskę wzdłuż samej górnej linii rzęs, aby je optycznie zagęścić, to samo zrobiłam na górnej linii wodnej. Na dolną linię wodną nałożyłam białą kredkę Essence, rzęsy dwukrotnie wytuszowałam ulubioną maskarą z Eveline. Brwi podkreśliłam kredką z Dr Irena Eris Provoke, łuk brwiowy delikatnie rozświetliłam tym samym cieniem, co wewnętrzny kącik. Zapomniałam jeszcze sfotografować pomadkę, która pochodzi z firmy Softer. I gotowe!
Jak Wam się podoba?

niedziela, 22 czerwca 2014

neonowe love- part 2

Cześć!
Dziś coś, czego już dawno nie było- pazurki :). Co jest bardzo dziwne, bo mam w zapasie sporo sfotografowanych lakierów, a na blogu pustki! Ale teraz nadrobię wszystko, w końcu wakacje. Dziś chciałam Wam pokazać dwa odcienie lakieru, który już był recenzowany na blogu. Softer Pro Active, czyli lakiery neonowe.
Szczegółowa recenzja znajduje się TUTAJ, więc zapraszam. A dziś tylko zdjęcia.
Na początek fotki już z bardzo dawna- neonowy pomarańcz! Do pełnego krycia potrzebne są 2-3 warstwy.
A tutaj już bardziej aktualne paznokcie- hipnotyzujący niebieski :). Jest moim ulubieńcem wśród całej serii! Wygląda przepięknie. Do pełnego krycia potrzebne są 2 warstwy. Wytrzymuje też najdłużej, bo.. 2 dni, co i tak jest słabym wynikiem. Ale mam do niego słabość.
Lubicie wyraźne kolory na paznokciach?

sobota, 21 czerwca 2014

pomadki ochronne do ust Oeparol

Hej!
Każdy kto mnie zna wie, że jestem totalną maniaczką balsamów do ust. Sięgam po nie praktycznie co chwilę, taki nawyk :). Nie cierpię uczucia suchych ust. Dlatego co rusz testuję nieznane mi produkty. Dziś na tapetę idą dwie pomadki ochronne do ust Oeparol- Sunnyday i Everyday.
Pomadki zapakowane są w kartoniki, które zawierają najważniejsze informacje oraz składy. Opakowania są plastikowe i mają podobną szatę graficzną- różnią się jedynie kolorami i napisami.
Jak pomadki to oczywiście- w formie sztyftu. Wykręca się je bez zarzutów, nic się nie zacina ani nie psuje w trakcie użytkowania. Nie zdarzyło mi się również, żeby opakowanie otworzyło się przez przypadek w torebce.
Obie wersje bardzo delikatnie pachną. Różnią się kolorami- Everyday jest biała, natomiast Sunnyday żółta.
Informacje od producenta:
Daaawno temu używałam pomadki ochronnej Oeparol. Jednak nie pamiętam jakiej wersji, ani czy byłam zadowolona. Teraz wyrobiłam sobie opinię. Ja testowałam wersję Sunnyday, która ma nieco oporną konsystencję. Ciężko się ją nakłada, jest zbita. Ale po nałożeniu dobrze pielęgnuje usta, nawilża je i nie pozwala na przesuszenia. Jednak nie zachwyciła mnie aż tak, by sięgnąć po nią ponownie przez konsystencję i to, że efekt nie jest długotrwały. Co do filtra, to trzeba zaufać producentowi, ponieważ nie mam jak go sprawdzić :). Wersji Everyday używała moja mama. Ta wersja ma już bardziej przyjazną konsystencję i daje lepszy efekt nawilżenia. Przyjemniej się jej używa, chroni usta przed czynnikami zewnętrznymi, dobrze je pielęgnuje. Obydwa produkty są dość wydajne (jak na mnie- maniaczkę, to duży plus!) i kosztują ok. 7,00pln. Można je nabyć m.in. w aptekach.