wtorek, 30 września 2014

Pani podziękujemy, czyli Eveline Aqua Platinum nr 484

Uff, wreszcie jestem.. Powróciłam do świata żywych, po podróży i braku internetu! W chwili obecnej trwa w moim nowym mieszkaniu remont, żyję bez kuchni, wszędzie jest brudno.. Coś okropnego i mam nadzieję, że jak najszybciej się skończy.
Usta to zdecydowanie coś, co lubię podkreślać. Uwielbiam zarówno te naturalne, jak i intensywne odcienie. Każda kolejna sztuka jest u mnie mile widziana, a dziś opowiem Wam o pomadce do ust Eveline Aqua Platinum.
Opakowanie nie jest najgorsze, naprawdę nieźle się prezentuje- plastikowe, póki co napisy się nie starły (mimo wielu podróży). Nie ma też żadnych pęknięć, czy zarysowań. Przez górną, przezroczystą część można podejrzeć realny kolor produktu, co jest świetnym rozwiązaniem. Na pewno w pewnym stopniu powstrzymuje ciekawskich, którzy mają lepkie rączki i muszą wszystko otworzyć, sprawdzić..
Cena wynosi ok. 11,00pln w zależności od drogerii.
Informacje od producenta:
Kryjąca pomadka do ust
Głębia koloru, moc nawilżenia
Nadaje piękny i głęboki kolor
Witaminy C i E odżywiają i regenerują usta
Zawiera filtry UV

Innowacyjna receptura pomadki Platinum pozwala uzyskać głębie koloru już po pierwszej aplikacji. Kremowa konsystencja podkreśla kształt ust pozostawiając je nawilżone przez wiele godzin. Lekka i ultra delikatna formuła pielęgnuje usta, wygładza je i sprawia, że stają się rozkosznie ponętne. Piękny, soczysty kolor wykończony delikatnym połyskiem utrzymuje się około 6 godzin.
Pomadka dostępna jest w wielu odcieniach, ja w ramach testów dostałam nr 484. Zajmę się nim trochę później.
Wysuwanie kosmetyku nie stanowi żadnego problemu, nic się nie zacina.
Formuła pomadki jest bardzo przyjemna, łatwo nakłada się ją na usta. Nie wysusza, nie wchodzi w załamania. Wydajność jest również zadowalająca. Niestety... kolor jest tragiczny. Ja naprawdę uwielbiam wszelkie dziwne odcienie, ale takiej tandecie mówię stanowcze "nie". Kojarzy mi się tylko z tlenioną blondynką spaloną na solarium. 
Nie mogę skreślać kosmetyku ze względu na to, że nie pasuje mi kolor (choć w mojej skali całkowicie go to dyskwalifikuje). Pod innymi względami jestem zadowolona. Pomadka lekko wklepana wygląda dość dobrze, rozświetla usta. Nałożona normalnie nie jest w pełni kryjąca, raczej półtransparentna, z wieloma drobinkami. Usta wyglądają na gładkie i zadbane przez ok. 2 godziny lub do pierwszego jedzenia/picia. Dałabym jej kolejną szansę, ale tylko w przypadku innego koloru, temu egzemplarzowi podziękuję :).

sobota, 27 września 2014

Bio-żel myjący do twarzy Mythos

Pielęgnacja twarzy to specyficzna sprawa, przynajmniej u mnie. Moja cera jest wymagająca i nie toleruje wszystkiego, dlatego zawsze uważnie dobieram kosmetyki. Nie inaczej jest z produktami myjącymi, dlatego dzisiaj mam dla Was recenzję bio-żelu myjącego do twarzy firmy Mythos.
Opakowanie jest plastikowe, ale nie wygina się, zaskakuje trwałością. Szata graficzna jest prosta, nieprzesadzona i zdecydowanie charakterystyczna dla firmy. Cena to ok. 35,00pln/200ml (33,85pln w sklepie internetowym).
Pod przezroczystą zatyczką ukrywa się wygodna pompka. Nie zacina się ona i chyba nie muszę pisać, że to bardzo higieniczne rozwiązanie. 
Sam żel jest przezroczysty, pachnie delikatnie, według mnie oliwkowo-ziołowo. Ma rzadką, lejącą konsystencję, więc trzeba się spieszyć przy nakładaniu na twarz. Do jednorazowego użytku potrzeba mi trzech całych pompek. Wydajność jest zadowalająca- stosuję produkt raz dziennie od miesiąca i nadal mam 2/3 opakowania.
Informacje od producenta:
Żel nieźle się pieni- niektórzy to lubią, inni nie, dla mnie nie ma większej różnicy. Jeśli chodzi o działanie to bardzo dobrze spełnia swoją podstawową rolę, czyli oczyszczanie. Doczyszcza skórę również z resztek makijażu. Po użyciu jest ona gładka, napięta (ale nie nieprzyjemnie ściągnięta) i rozjaśniona, a ujścia gruczołów łojowych są widocznie zmniejszone. Co prawda nie wpływa na przetłuszczanie się skóry, ale nie oczekuję tego od produktów myjących. Podczas użycia nie wystąpiło u mnie żadne uczulenie ani podrażnienie. Dla mojej tłustej i problematycznej cery żel jest odpowiedni, jednak używam go tylko raz dziennie. Jestem przyzwyczajona do kosmetyków z łagodnymi substancjami oczyszczającymi, a tu przy użyciu rano i wieczorem skóra lubi mi się lekko przesuszać. 
Poza powyższą kwestią, nie mam temu produktowi nic do zarzucenia i właśnie spakowałam go do torby podróżnej :). Dziś wieczorem jadę do Wrocławia, jako że kończą mi się wakacje. Będę miała tam sporo do roboty w pierwszych dniach, dlatego mogę mieć mniej czasu na bloga, proszę o wyrozumiałość!

piątek, 26 września 2014

SOS Lash Booster, czyli "ulepszyciel" maskar z Eveline Cosmetics

W ostatnich makijażach wspominałam o świetnej bazie pod tusz, wiele osób pytało co to takiego. Dlatego dziś przychodzę z recenzją tego cudeńka, jest to nic innego jak multifunkcyjne serum do rzęs 5w1 SOS Lash Booster z Eveline Cosmetics. Będą też efekty na rzęsach, więc zapraszam do lektury! :)
Opakowanie jest identyczne jak w przypadku maskar. Plastikowe, ale solidne, mieszczące 10ml. Póki co naklejki się trzymają bardzo dobrze, wizualnie produkt wciąż wygląda jak nowy. Za taką przyjemność musimy zapłacić ok. 17,00pln.
Bardzo spodobała i się szczoteczka. Silikonowa, czyli taka, jaką preferuję. Dokładnie rozdziela rzęsy, nakładając na nie białe, bezwonne serum.
Informacje od producenta:
Przejdźmy do najważniejszego, czyli efektów. Serum można stosować jako odżywkę do rzęs, ja jednak zrezygnowałam z tego. Półtorej miesiąca temu byłam świeżo po kuracji Revitalash i byłam w miarę zadowolona ze swoich rzęs, postanowiłam ten produkt wypróbować inaczej. Według zaleceń producenta, nakładam go jako baza pod tusz i w tej roli sprawdza się fenomenalnie!
Poniżej możecie zobaczyć jak to wygląda. Serum pozostawia na rzęsach biały kolor, ale po kilkukrotnym przejechaniu samo z siebie zwiększa objętość rzęs, unosi je, wydłuża. Nie oczekiwałam aż tyle, za pierwszym razem byłam w pozytywnym szoku!
Kosmetyk podbija efekt każdego tuszu, bez wyjątku. Sprawia, że nawet najsłabsza maskara wygląda na rzęsach dużo lepiej. Na poniższych zdjęciach można zauważyć jak duża jest różnica! Po lewej stronie serum i jedna warstwa tuszu, a po prawej to samo, ale bez serum. Użyłam tu jednej z moich ulubionych maskar, a mianowicie Mega Size Lashes tej samej firmy (KLIK recenzja), która już sięga dna, więc solo przestaje zachwycać. Widać wyraźnie, że po lewej stronie rzęsy są dłuższe, zagęszczone i bardziej uniesione. Wyglądają po prostu bardziej spektakularnie.
Z ważnych rzeczy, tusz warto nakładać od razu po zaaplikowaniu serum, wtedy robi się to najwygodniej (zanim zaschnie). Dodatkowo zauważyłam, że przy używaniu takiej bazy wypada mi dużo mniej rzęs podczas demakijażu (a miałam z tym spory problem), więc w jakimś niewielkim stopniu je wzmacnia. Nie wpływa na trwałość tuszu, ani inne jego właściwości. Wydajność jest dla mnie zadowalająca, po 1,5 miesiąca nadal pozostało mi sporo produktu. 
Tak jak wcześniej uważałam tego typu rzeczy za zbędny gadżet, tak teraz kocham to serum i nie zamierzam się z nim rozstać. Na pewno kupię kolejne opakowanie!

czwartek, 25 września 2014

Kuracja Bodetko Lash- start!

Pogoda za oknem jest okropna- zimno, wietrznie i deszczowo.. Niestety nie sprzyja zdjęciom w plenerze, więc nie mogę zrealizować moich pomysłów :(. Przed wyjazdem pewnie już nie zdążę, więc będę musiała wymyślić zdjęcia w innej scenerii.
Tymczasem przychodzę do Was z postem-zapowiedzią. Na rynku dostępnych jest mnóstwo odżywek do rzęs, a odkąd odkryłam ich świetne działanie, ciągle korci mnie by próbować nowości. Byłam bardzo zadowolona po kuracji Revitalash (KLIK recenzja), już trochę minęło od jej zakończenia, a moje rzęsy są w nienajgorszym stanie. Jednak jak to zwykle bywa- chcę więcej!
O odżywce Bodetko Lash czytałam już kilka recenzji i byłam w pozytywnym szoku, jak duże efekty można uzyskać. Mam już małe doświadczenie, dlatego jestem ciekawa jak spisze się ten produkt. Ma pojemność 3ml, wygląda bardzo elegancko- podoba mi się opakowanie. Kuracja potrwa kilka miesięcy i po tym czasie przyjdę do Was z efektami i podsumowaniem. Cena przemawia również na korzyść- nie jest niska, ale nie tak zaporowa jak w przypadku Revitalash.. (ok. 170,00pln, często również w promocji).

Dla zainteresowanych skład:
Poniżej wstawiam zdjęcia moich rzęs na dzień dzisiejszy. Czekam na polepszenie ich stanu, trzymajcie kciuki!
A Wy macie doświadczenie z odżywką Bodetko Lash?

wtorek, 23 września 2014

Natura nie dla każdego, czyli krótka przygoda z orzeźwiającym masłem do ciała Pat&Rub

Mazidła do ciała to coś, co jest w każdej łazience. O ile jeszcze kilka lat temu sięgałam po nie sporadycznie (z czystego lenistwa, dziwiąc się przy tym dlaczego moje nogi są wysuszone na wiór.. głupota), tak teraz nie ma dnia bez użycia balsamu/mleczka/masła, czy czegoś równie nawilżającego, natłuszczającego. Już dawno temu firma Pat&Rub wypuściła na rynek edycję kosmetyków limitowanych z okazji 5 urodzin. W moje ręce wpadło orzeźwiające masło do ciała, trochę leżało w zapasach i doczekało się swojej premiery na wakacjach. Zapraszam na recenzję!
Opakowanie jest plastikowe, ale solidne. Szata graficzna prosta, kolor seledynowy przywodzi na myśl to tytułowe orzeźwienie. Oprócz tego opakowanie jest szczelnie zakręcane, więc nie ma obaw odnośnie rozlania. A teraz może przejdźmy do konkretów, bo jednak oczekiwania są wysokie, jeśli mowa o produkcie w cenie 69,00pln/250ml.
Dużym plusem jest dodatkowa folia zabezpieczająca. Sam kosmetyk swoją konsystencją raczej nie przypomina masła (no chyba, że takie lekko roztopione)- jest ona dość rzadka (choć nie lejąca), lekka. W kontakcie ze skórą staje się bardziej treściwa, widać to przy rozsmarowywaniu, które jest jednak bezproblemowe. Zapach.. wiem, że ma bardzo wielu zwolenników. Bardzo intensywna woń cytrusów pomieszanych z ziołami. Spodziewałam się czegoś "wow" i choć w opakowaniu zapach mi się podoba, to w kontakcie ze skórą trochę się zmienia i według mnie za bardzo czuć zioła. To po prostu śmierdzi, nie orzeźwia. Może jestem jakaś inna, bo np. moja Mama jest zachwycona.
Informacje od producenta:
Postanowiłam jednak przeboleć ten zapach i skupić się na walorach pielęgnacyjnych. A jest o czym pisać! Spójrzmy na skład- pomijając mało znaczące dwa konserwanty i kilka substancji teoretycznie komedogennych jest rewelacyjny! Bardzo bogaty, mnóstwo różnych olejków i ekstraktów, robi wrażenie. Skóra także to odczuwa, ponieważ po użyciu jest gładziutka, nawilżona, lekko natłuszczona, miękka. Produkt ją świetnie pielęgnuje, nadaje się na co dzień. Wchłania się dość szybko, ale nie do końca- pozostawia cienką warstewkę, która absolutnie mi nie przeszkadza, ponieważ nadaje gładkości. Mogłabym się tak rozpływać, gdyby nie jedno "ALE".. No właśnie. W składzie jest mnóstwo dobroci i niestety nie mam pojęcia, który mnie tak urządził. Jedno jest pewne- coś bardzo mocno mnie uczula. Jeszcze nigdy nie miałam tak mocnej reakcji alergicznej na masło do ciała! Bardzo, ale to bardzo swędzi mnie skóra, nie mogę powstrzymać się od drapania, nie mogę spać, nie mogę przestać o tym myśleć, co skutkuje pieczeniem i nogami wyglądającymi jak po ataku dziesięciu kotów. Coś okropnego.. Dawałam produktowi wiele szans i za każdym razem było tak samo, ukojenie dawało mi dopiero zmycie go ze skóry i posmarowanie balsamem parafinowym dla uspokojenia. 
Masło ma świetny skład i świetne właściwości pielęgnacyjne, ale jak widać natura nie zawsze się sprawdza, nie mam pojęcia co mnie tak uczula, a chciałabym to wiedzieć na przyszłość.. Zużyłam na siłę połowę, reszta wylądowała u zachwyconej Mamy :).

niedziela, 21 września 2014

Inspektor GADŻET: #1 Zapowiedź serii, szczoteczka do twarzy

W mojej głowie jest mnóstwo pomysłów, brakuje tylko czasu i czasem środków na ich zrealizowanie :). Już od jakiegoś czasu myślałam nad dwoma nowymi seriami na blogu, żeby było trochę ciekawiej. Dziś zapowiedź pierwszej, zatytułowanej przeze mnie "Inspektor GADŻET", czyli innymi słowy gadżety warte uwagi (według mnie), wpisujące się w tematykę urody oraz zdrowia. Co tu dużo mówić- szalonego Inspektora zna chyba każdy, a moje gadżeciarskie wpisy będą efektem jego dochodzeń :).
Od razu na tapetę pójdzie pierwszy gadżet. Od bardzo bardzo dawna kusiło mnie urządzenie o nazwie Clarisonic, pewnie większość z Was o nim słyszała. Jest to nic innego jak elektryczna szczoteczka do twarzy, ale skąd mamy wiedzieć, że coś takiego służy naszej skórze? Jak nie wydać kilkuset złotych na marne?
Dziś chciałabym przedstawić prowizoryczną i niskobudżetową propozycję takiej szczoteczki. Nie jest elektryczna, na pewno różni się włosiem i sposobem wykonania, jednakże swoją rolę spełnia bardzo dobrze. To szczoteczka do twarzy For Your Beauty dostępna w każdym Rossmann'ie w cenie ok. 12,00pln. Mi dodatkowo udało się kupić ją w promocji (ok. 9,00pln).
Szczoteczka jest bardzo prosto wykonana- różowa, plastikowa, z dodatkową osłonką na włoski. Co do tych ostatnich, to były one od nowości lekko powyginane na brzegach, jednak nie przeszkadza to w użytkowaniu.
Włosie jest białe i.. bardziej miękkie niż oczekiwałam. Miłe zaskoczenie, bo nie podrażnia skóry, choć w drugą stronę- nie jest to też mistrzostwo świata. Póki co w zupełności mi wystarcza.
Cała szczoteczka jest zgrabna, długości mojej ręki. Nie wyślizguje się nawet podczas kąpieli. Jak jej używam? Najczęściej 3 razy w tygodniu do dogłębnego oczyszczania z dowolnym żelem/mydłem do twarzy. Taka szczoteczka podbija również efekt peelingu, dlatego ten duet gości u mnie najczęściej. Szczerze mówiąc, po pierwszym użyciu byłam w szoku- przed "szczotkowaniem" twarz pozornie czysta, dokładnie zmyty makijaż. Po użyciu szczoteczki zauważa się sporo żółto-pomarańczowej piany świadczącej o tym, że jednak na skórze pozostało wiele brudu! Masuję buzię przez ok. minutę, wspomagając dodatkowo krążenie. W efekcie skóra jest naprawdę dogłębnie oczyszczona, napięta, zdrowo zarumieniona. Taka szczoteczka może wspomóc kuracje przeciw zaskórnikom. Przygotowuje skórę na tonik i krem, składniki aktywne mogą lepiej się wchłonąć. Nie występują u mnie żadne podrażnienia, jeśli widzę przesuszenie skóry- zmniejszam częstotliwość stosowania.
UWAGA! Po takim dogłębnym oczyszczaniu potrzebne jest również porządne nawilżenie. Tego typu szczoteczek nie używamy przy wszelkich stanach zapalnych skóry, aby nie pogorszyć sprawy, to chyba jasne. Cery bardzo wrażliwe, naczynkowe powinny raczej unikać takich wynalazków- nie jest to gadżet drażniący, ale nie jest też mistrzem delikatności, porównałabym działanie do mocnego peelingu. Dodatkowo, każda skóra reaguje inaczej na tego typu rzeczy. Szczoteczkę należy przed każdym użyciem sparzyć wrzątkiem, po użyciu przepłukać i pozostawić do całkowitego wyschnięcia, a od czasu do czasu dezynfekować w celu zachowania maksimum higieny.

piątek, 19 września 2014

Kojący balsam-kompres po depilacji Eveline

Na rynku dostępnych jest mnóstwo balsamów do ciała, o różnych funkcjach. Dziś chciałabym Wam nieco przybliżyć temat skóry podrażnionej, poprzez recenzję kojącego balsamu-kompresu po depilacji Eveline. Od razu nasuwa się pytanie- niezbędny produkt, czy może niekonieczny gadżet?

Zacznę standardowo od opakowania- plastikowej tubce nie mam nic do zarzucenia. Jest elastyczna, mieści 125ml, a szata graficzna jest identyczna dla całej linii Just Epil.
Zamknięcie jest szczelne i solidne. Balsam wydobywamy przez mały otwór, standardowo wyciskając go.
Kosmetyk jest biały, ma lekką i dość rzadką konsystencję (jednak nie spływa). Zapach to jeden z większych plusów- delikatny, ale bardzo przyjemny, kojący.
Informacje od producenta:
Przejdźmy do rzeczy najważniejszej. Czy warto inwestować ok. 11,00pln w taki produkt? Powiem tak- nie jest to strata pieniędzy, ale nie jest to też dla mnie "must have". Balsam-kompres nie zaszkodził mi w żaden sposób, nie uczulił ani nie podrażnił- a spróbowałby tylko! Jeśli o mnie chodzi to mam duży problem z podrażnieniami po depilacji: czerwone "kropki", krostki, pieczenie, swędzenie.. Słowem, nic przyjemnego. Dlatego kosmetyki łagodzące są u mnie na porządku dziennym. Jak działa ten produkt? Lekko nawilża, ale nie jest to spektakularny efekt, trochę za słaby dla mojej suchej skóry nóg. Jednak nie przeszkadza mi to szczególnie, takiego balsamu używam tylko zaraz po depilacji, poza tym stosuję inne rzeczy. Co więcej, rzeczywiście łagodzi skórę, jest to działanie doraźne- eliminuje pieczenie i swędzenie, ogranicza też czerwone "kropki". Przynosi chwilę ulgi, wyraźnie wygładza skórę. To sprawka parafiny i kilku innych substancji, ale w tym wypadku uważam je za zdecydowany plus- to dzięki nim czuję ulgę. Obietnice producenta na temat ochrony przed starzeniem się są dla mnie.. no cóż, trochę nie na miejscu :). Kto w to uwierzy? Poza tym kosmetyk nie opóźnia odrastania włosków.
Czy polecam? Sama nie wiem, niby łagodzi, ale dla mnie niczym nie różni się od zwykłych, parafinowych balsamów do ciała (oprócz tego, że słabiej nawilża). One działają u mnie dokładnie tak samo.

Buziak na dobranoc od.. Carlo Bossi

Właściwie słabo się czuję, ale postanowiłam zajrzeć na bloga nocną porą, trzeba się trochę rozładować! Pokazaliśmy Rosjanom co potrafimy i jesteśmy w półfinale siatkarskich Mistrzostw Świata! Uważnie śledziłam każdy mecz, nie pisałam o tym tutaj, ale dziś emocje biorą górę :).
Tym pozytywnym akcentem chciałabym rozpocząć opis kolejnego zapachu na moim blogu- Oto "Night Kiss" Carlo Bossi.
Miłym zaskoczeniem było dla mnie, że firma jest z mojego miasta- od razu zrobiło się przyjemniej :). Spory, pomarańczowy kartonik skrywa w sobie masywną i szklaną butelkę o pojemności 100ml (choć wydaje się niewielka). Cena w sklepie internetowym wynosi 54,99pln.
Prawda, że flakonik wygląda uroczo? Nie jest to jakieś szczególne bogactwo, ale bardzo podoba mi się gradient i..
.. imitacja diamentowej zatyczki :). Dla jednych będzie to kiczowate, według mnie akurat wygląda to bardzo ładnie i świetnie komponuje się z prostotą butelki.
Całe opakowanie jest solidnie wykonane, nic nie odpada, atomizer również się nie zacina.
Informacje od producenta:
Te perfumy są idealnym dowodem na to, jak złe pierwsze wrażenia mogą okazać się zbyt pochopne. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia- dosłownie podniosły się w moim rankingu z totalnego dna na wyżyny, choć od razu zaznaczę, że nie używam ich na co dzień. Zacznijmy od początku..
Jest to zapach z rodziny kwiatowo-owocowo-zielonych. Brzmiało to dla mnie bardzo, ale to bardzo zachęcająco. Przejdźmy do nut zapachowych:

Nuta głowy: czerwone jabłka , czarna porzeczka
Nuta serca: róża, pelargonia , żurawina
Nuta bazy: leśne nuty , zielone nuty

Pierwsze powąchanie zaliczam do totalnej porażki- nie tak wyobrażałam sobie tę woń! Mój Tata określił ją jako "typowo babciną", ale że nie odpuszczam od razu, dałam perfumom kolejną szansę. I to był strzał w dziesiątkę.. Przez pierwsze dziesięć minut zapach jest bardzo ciężki, intensywny, ale do zniesienia- po prostu nie w moim guście. Za to po 10 minutach przechodzi on całkowitą i "magiczną" transformację, czyli pokazuje swoje lepsze oblicze. Staje się niezwykle elegancki i.. seksowny. Utrzymuje się wiele godzin, a na ubraniach nawet 2-3 dni. Według mnie woń pasuje do kobiet odważnych lub takich, które potrzebują trochę wiary w siebie, ponieważ zdecydowanie ona jej nam dodaje. Gwarantuję, że nikt nie przejdzie obojętnie obok niej- mojego nie-męża przyciąga jak magnes i domaga się bym używała owych perfum codziennie!  Nie mogę go od siebie odkleić.. a to chyba mówi samo za siebie? ;)
Mimo wszystko uważam zapach za bardzo wieczorowy i niech nazwa będzie zakończeniem tej recenzji- night kiss!
Posiadam jeszcze dwie próbki perfum męskich, które z oczywistych względów przygarnął mój TŻ. Myślę, że warto wspomnieć o nich kilka słów.
Vertigo Silver to zapach leśno-cytrusowy, nowość. Ładniejszy, bardziej pociągający (według mnie), bardzo przyjemny. Długo utrzymuje się na skórze, choć dłużej na ubraniach. Uwielbiam wąchać męskie perfumy i w tym przypadku się nie zawiodłam. Próbka ma 2ml i z wiadomych względów używa się jej mniej wygodnie niż w przypadku pełnowymiarowego opakowania.
Nuta głowy: młode zboża, mandarynka, pomarańcza
Nuta serca: morskie nuty, lawenda
Nuta bazy: bursztyn, paczuli, szałwia muszkatołowa, cedr
Natomiast drugim zapachem jest Carlo Silver Homme. Jest to typ owocowo-piżmowy. Również bardzo ładny i wyrazisty, choć spodobał się trochę mniej, jest również odrobinę mniej trwały. Próbka ma taką samą objętość (2ml). 
Nuta głowy: limonka, bergamotka, zielone jabłko, jałowiec
Nuta serca: paczuli, skóra, jaśmin, kadzidło
Nuta bazy: mech dębowy, bursztyn

Obydwa męskie zapachy, choć mają całkiem inne nuty zapachowe, okazały się trafione. Są przyjemne, świeże, ale jednocześnie wyraziste i po prostu.. męskie :).