piątek, 30 stycznia 2015

Deni Carte Glamour Eyelashes HT-84

Sztucznych rzęs używam od niedawna, długo nie mogłam się do nich przekonać. Teraz jednak, przy każdej większej okazji sięgam po moje (jak do tej pory) ulubione, przedstawiam Wam Glamour Eyelashes z Deni Carte.
Na opakowaniu znajdziemy wszystkie potrzebne informacje na temat rzęs. Firma oferuje nam parę modeli, mój to HT-84.

Od producenta:
W opakowaniu znajdziemy również klej, jednak ja postawiłam na sprawdzony i wszystkim znany DUO.
Jak dla mnie zarówno wykonanie, jak i model są idealne. Po raz pierwszy nie miałam żadnych problemów z przyklejeniem sztucznych rzęs. Na początku trzeba dopasować je do oka "na sucho" (lekko przyciąć). Rzęsy znajdują się na cieniutkim, bezbarwnym pasku. Całość jest bardzo elastyczna, dlatego tak łatwa jest aplikacja. Po paru użyciach nadal są w bardzo dobrym stanie, nie zniszczyły się i mam nadzieję, że posłużą mi jak najdłużej :). 
Model jest idealny dla osób, które chcą efektu "wow", jednak bez zbyt sztucznego wyglądu. Na to właśnie liczyłam przy jego wyborze. Rzęsy Glamour nadają każdemu makijażowi charakteru, co mogliście zobaczyć np. TUTAJ
Ich cena to zaledwie 10,50pln. Ubolewam jedynie nad dostępnością (stoiska Deni Carte, sklep internetowy), ale na pewno zamówię ponownie. Moje koleżanki z roku już się skusiły i są równie zadowolone!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Cellulit=cellulitis? Czy na pewno?

Niestety sesja nie pozwala mi na częste wpisy, ale jeśli dobrze pójdzie, to jutro (a właściwie już dzisiaj) będzie po wszystkim. Trzymajcie kciuki! :)

W dzisiejszym wpisie chciałabym poruszyć problem cellulitu, który dotyczy praktycznie większości z nas. To bardzo popularny problem, ale co to takiego jest? 
Źródło: vip-antycellulit
Moja Ciocia często narzeka "popatrz, mam taki straszny cellulitis!". Jeszcze parę lat temu, kiedy byłam niczego nieświadomą nastolatką, nie wzbudzało to moich podejrzeń- po prostu przytakiwałam. Dzisiaj staram się ją poprawiać, bo.. to nie jest to samo. Na zdjęciu powyżej cellulit, poniżej- cellulitis.
Źródło: Wikipedia
Cellulitis to powikłanie róży, która jest chorobą bakteryjną (wywołują ją paciorkowce). Typowa lokalizacja to kończyna dolna, a sama choroba objawia się rumieniem, obrzękiem i przeczulicą, przy czym obszar zmieniony chorobowo jest niewyraźnie odgraniczony od otoczenia. Mogą występować również mikrourazy. Podsumowując, cellulitis to bakteryjne zakażenie skóry i tkanek miękkich i na pewno nie jest to coś, co ma większość z nas na udach, brzuchu, czy pośladkach :).

Cellulit natomiast to efekt niewłaściwego rozmieszczenia tkanki tłuszczowej w tkance podskórnej i występuje najczęściej w obszarach wymienionych przeze mnie wyżej. Upośledza on krążenie krwi i limfy w zaatakowanej tkance, co powoduje, że komórki są niedotlenione, a przez to gorzej ukrwione. Przyczyn może być wiele- siedzący tryb życia, palenie papierosów, otyłość (co nie znaczy, że osoby szczupłe nie mają cellulitu!), czy zaburzenia hormonalne. Producenci kosmetyków proponują nam kosmetyki antycellulitowe, obiecując poprawę, ale zazwyczaj nie zauważamy żadnej różnicy. Co więc robić?

Samo smarowanie nie da oczekiwanych efektów. Składniki aktywne nie mają szans dostać się do tkanki podskórnej. Pomóc nam mogą inne rzeczy. Najlepiej połączyć ze sobą różne metody, tj. zdrowe odżywianie, dużo ruchu (który oczywiście pomoże nie tylko na cellulit), bardzo głębokie masaże (specjalnymi przyrządami jak bańka chińska lub rękoma) oraz zabiegi. Obecnie gabinety oferują mnóstwo przydatnych usług, które pomogą nam się uporać z cellulitem (jonoforeza, drenaż limfatyczny i wiele innych). Możemy radzić sobie również sami- peelingi mechaniczne, preparaty antycellulitowe (tylko w połączeniu z głębokim masażem) lub urządzenia do domowego użytku. Czasem warto zainwestować w siebie, a takie urządzenia można dostać np. na http://importmania.pl/ w całkiem przystępnych cenach. 

Pamiętajcie, że walka z cellulitem to nie tylko walka o ładniejszy wygląd, ale również o zdrowie. Ta dolegliwość może zaburzyć przepływ krwi i limfy, utrudniając w ten sposób oczyszczanie organizmu z toksyn. 

piątek, 16 stycznia 2015

Zużycia grudnia + aktualizacja włosowa

Z dużym opóźnieniem, ale jest- projekt denko. Po raz kolejny skromna ilość zużyć, ostatnimi czasy bardzo słabo mi idzie ;).
1. Nivea Invisible Black&White- niestety ślady potrafi zostawić, mimo obietnic producenta ;). Czy kupię ponownie: może
2. Marion olejek orientalny do włosów- recenzja: TUTAJ. Czy kupię ponownie: tak
3. Mythos odżywka do włosów- całkiem niezła, ale podobne znajdę w drogerii. Czy kupię ponownie: nie
4. Lirene krem do stóp STOP szorstkości- recenzja: TUTAJ. Czy kupię ponownie: może
5. Victoria's Secret Love Spell żel pod prysznic- dostałam wraz z całym zestawem. Mam obsesję na punkcie Victoria's Secret, uwielbiam ten zapach i chyba tyle wystarczy :). Czy kupię ponownie: tak

***

A teraz trochę o włosach. Nie wiem czy wiecie, ale przed Świętami podjęłam spontaniczną decyzję o zrobieniu ombre. Nigdy nie farbowałam moich włosów, żyły swoim życiem, bardzo się z tego cieszę. Ale od dłuższego czasu czułam, że potrzebuję coś w nich zmienić! Nie chciałam całkiem zmieniać koloru, ponieważ: a) po co toczyć walkę z odrostami i regularnie niszczyć włosy, b) lubię swój naturalny odcień. Z pomocą przyszła mi jak zwykle moja Współlokatorka (buuuuuziaki :*), która wyczarowała na mojej głowie piękne ombre, jestem bardzo zadowolona! Co myślicie?
Zazwyczaj nie robię aktualizacji włosowych, ale jakiś czas temu udało mi się znowu dorwać mój ulubiony suplement (powyżej- Lutek chciał Wam go pokazać :) ). Widzę przyrost, co mnie bardzo cieszy :). Zapuszczamy dalej! Poniżej efekt dwumiesięcznego zapuszczania, choć zdjęcia niestety tego nie oddają, ja widzę dużą różnicę..

poniedziałek, 12 stycznia 2015

STOP szorstkości stóp z Lirene- ale czy na pewno?

Witam Was po raz pierwszy w 2015 roku! Trochę mnie tu nie było, a to z powodu wielu zawirowań, ale powoli wszystko wraca do normy. Nie licząc oczywiście zbliżającej się sesji :). "Blogowego" Nowego Roku nie zaczęłam zbyt dobrze, ale proszę o wybaczenie i obiecuję poprawę!
Po krótkim wstępie zapraszam Was na recenzję kremu do stóp STOP szorstkości z 20% mocznikiem firmy Lirene.
Plastikowa tubka ma przyjemną dla oka szatę graficzną. Mieści 75ml i dzięki jej elastyczności, można "wydusić" produkt do końca. Proponuję również przecięcie opakowania (jak zwykle), by niczego nie zmarnować :). Kosmetyk dostępny jest w większości drogerii w cenie ok. 13,00pln.
Informacje od producenta:
Tubka jest szczelnie zamykana, a produkt wydobywamy przez niewielki otwór. Krem jest biały, pachnie bardzo przyjemnie (delikatnie). Ma dość zbitą konsystencję, a jednocześnie nie wydaje się zbyt tłusty, czy ciężki.
Stosowałam krem codziennie wieczorem, według zaleceń producenta wmasowywałam w stopy grubą warstwę. Często zakładałam również grube skarpety, aby produkt miał szansę się lepiej wchłonąć. No właśnie, jeśli chodzi o wchłanianie to kosmetyk potrzebuje trochę czasu. Zwykle mi to nie przeszkadza, ponieważ od razu po zastosowaniu idę spać lub (tak jak już wspominałam) chwilę czekam i zakładam grube skarpety. Niemniej jednak, wolałam uprzedzić. Krem rozprowadza się bez problemu i jest w miarę wydajny. Polubiłam go za to, że pozostawiał uczucie gładkości i nawilżenia. Stopy były miękkie, przyjemne w dotyku. Polecałabym go jednak dla niewymagającej skóry, ponieważ u mnie nie poradził sobie z twardym, zgrubiałym naskórkiem na piętach. Bardzo delikatnie go zmiękczył, ale nic więcej. Po zabiegu pedicure z omegą nie zapobiegał ponownemu narastaniu, a szkoda :). Sprawdził się dobrze tylko w miejscach bezproblemowych.